Trochę śmiesznie, trochę strasznie; najnowsza historia z Sawą w tle

Kilkanaście dni temu szefowie Sawa Taxi wpadli na wspaniały pomysł. Zrobią promocję za pieniądze taksówkarzy. Nie dość, ze opłaty w Sawie są najwyższe na rynku, to jeszcze koleżanki i koledzy dołożą dodatkowo 33%. Można? Można.

Oczywiście „wspaniały” pomysł nie zyskał poklasku. Po pierwsze, niech właściciele sami sponsorują promocję, po drugie, takie pomysły niszczą rynek. Kilkudziesięciu kierowców już z Sawy odeszło. Wielu szykuje się do tego. Dlatego dzisiaj odbyło się spotkanie prezesa Macieja Dominiaka z kierowcami. I o tym będzie ta historia.

Taksówkarze z Sawy poprosili o pomoc Związek Zawodowy Taksówkarzy „Warszawski Taksówkarz” oraz taksówkarską Solidarność. Na spotkanie przyjechało kilkuset (tak, kilkuset) taksówkarek i taksówkarzy z Sawy oraz kilkudziesięciu związkowców z obu związków.
Spotkanie zaczęło się od dziwnych zapewnień prezesa Dominiaka, że wszystko będzie dobrze i pomysł jest opłacalny dla wszystkich. Później było tylko śmieszniej. Według przedstawicieli firmy kurs za 35 złotych z Centrum na Ursynów jest bardziej opłacalny, niż analogiczny kurs za 50 złotych. Na pytanie kolegów o kierowców bez uprawnień jeżdżących stadnie w Sawie, prezes odpowiedział, że nic o tym nie wie. To samo opowiadał dwa lata temu, gdy ja go o to pytałem. A tymczasem w internecie nawet dzisiaj pojawiały się ogłoszenia o pracy dla kierowców w Sawa Taxi. Wymagania to prawo jazdy, ale licencji czy zdanego egzaminu w wymaganiach już nie ma. Oczywiście ogłoszenia jest jednego z „przedsiębiorców” wstawiających samochody do Sawy. Wszyscy w Sawie wiedzą o tym procederze od lat, tylko prezes nie wie. Cała sala na takie zapewnienia parsknęła śmiechem. Ale to nie koniec atrakcji.

Po jakimś czasie na salę wszedł przewodniczący Warszawskiego Taksówkarza. Prezes Dominiak zareagował momentalnie. Nakazał swojemu pracownikowi wyproszenie Jarosława Iglikowskiego. Aby nie doszło do przepychanek, przewodniczący Związku opuścił salę i poprosił policję o pomoc, gdyż uniemożliwienie działalności związkowej jest przestępstwem. I tu kolejna niespodzianka. Policjanci, którzy przyjechali na miejsce, postanowili ukarać związkowca z art. 66 Kodeksu Wykroczeń, który mówi, że  „ Kto ze złośliwości lub swawoli, chcąc wywołać niepotrzebną czynność fałszywym alarmem, informacją lub innym sposobem, wprowadza w błąd instytucję użyteczności publicznej albo inny organ ochrony bezpieczeństwa, porządku publicznego lub zdrowia,podlega karze aresztu, ograniczenia wolności albo grzywny do 1 500 złotych.” Policjantowi trochę pomyliły się przepisy i z ofiary chciał uczynić kata. Związkowiec ani nie był swawolny, ani nie zgłaszał zdarzenia, które nie miało miejsca. Zgłaszał ordynarne łamanie prawa, które swoją podstawę czerpie z Konstytucji oraz Ustawy o związkach zawodowych. Ale policjant albo był niedouczony, albo po prostu myślał, że trafił na jelenia.
Jak zakończył się ten dzień?  W Sawie ponownie chodzą słuchy o tym, że firma wycofuje się z pomysłu. A pomysłowy policjant ma już postępowanie pod nadzorem prokuratora z dwoma zarzutami: niedopełnienia obowiązków służbowych i przekroczenia uprawnień. Dlaczego o tym piszę? To tak ku przestrodze dla innych szefów warszawskich korporacji, którzy wpadliby na pomysł utrudniania działalności związkowej. Jest ona chroniona prawem.
A w informacje docierające z Sawy na razie bym nie wierzył. Przez ostatni tydzień zmieniały się one średnio 5 razy dziennie.